Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony.
5 stycznia 2017 r
reż. Jacek Bąk
Rozbłysło światło miłosierdzia za sprawą siostry Faustyny.
 
Film jest świadectwem cudownego ocalenia gen. Janusza Brochwicz-Lewińskiego „Gryfa”, dowódcy grupy szturmowej w batalionie AK „Zośka”, zaś drugi traktuje o bitwie z okresu powstania listopadowego. Reżyser jest też autorem książki „Pięć prawd Polaków”. 

 

13 stycznia 2017 r
red. Łukasz Warzecha
Między Berlinem a Pekinem.
Lech Kaczyński - oststni wywiad.
 
Między Berlinem a PekinemCzy Rosja ulegnie rozpadowi? Czy może raczej zaatakuje Zachód? Czego obawiają się Skandynawowie? Dlaczego analizy polityki zagranicznej najlepiej robić za publiczne pieniądze? Czemu Niemcy chcą, żeby wszyscy byli do nich podobni? Czy islam ma w sobie pierwiastek agresji? Dlaczego premier Erdogan bez problemu trzyma Turcję w garści? Co śpiewają Ukraińcy w ogródku piwnym? Czy na ulicach w Dagestanie jest bezpiecznie?
„Między Berlinem a Pekinem” przyniesie odpowiedź na te i wiele innych pytań. Rozmowy Łukasza Warzechy z ekspertami Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia – prestiżowego think-tanku o 25-letniej tradycji – zaciekawią i laika, i specjalistę w dziedzinie stosunków międzynarodowych. Są też swoistym kompendium wiedzy o obszarach leżących w kręgu zainteresowania OSW, a przedstawiona w nich strategiczna perspektywa sprawi, że nie stracą na aktualności.
Takiej książki na polskim rynku jeszcze nie było. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych bliższym i dalszym sąsiedztwem Polski – szczególnie w czasach, gdy świat jest coraz mniej uporządkowany.
Lech Kaczyński - ostatni wywiadPrezydent Lech Kaczyński rozmawiał z Łukaszem Warzechą w marcu i kwietniu 2010 roku. Ich ostatnie spotkanie miało miejsce zaledwie trzy dni przed tragiczną śmiercią prezydenta w Smoleńsku. Wywiad się urywa, nie został dokończony, ale i tak jest najlepszym zapisem wizji politycznej Lecha Kaczyńskiego. Stał się też jego politycznym testamentem.
Książkę przedmową opatrzył Jarosław Kaczyński.
"Działania mojego brata były logiczne. Próbował jednocześnie odbudować świadomość historyczno Polaków, spotęgować ich pewność siebie i wzmocnić pozycje państwa na arenie międzynarodowej. To była prezydentura spójna i mądra. Śmierć Leszka zmieniła w polskiej polityce właściwie wszystko. Do głosu doszła opcja, która z naszego dość nieszczęśliwego położenia geopolitycznego wyciąga wniosek: żeby przetrwać, trzeba być klientem silniejszego sąsiada. Ciepła woda w kranie to ma być maksimum naszych marzeń i aspiracji. Taki punkt widzenia dominował przez ostatnie kilka lat."
 
 
 

 

25 stycznia 2017 r
dr. Lech Kowalski
Degradować czy nie - Jaruzelski, Kiszczak i inni generałowie.
 
Wojciech Jaruzelski - generał Ludowego Wojska Polskiego, premier, prezydent, współtwórca stanu wojennego i okrągłego stołu. Jedna z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych postaci w dziejach współczesnej Polski doczekała się rzetelnej biografii.
Podejmując się napisania książki o Wojciechu Jaruzelskim, Lech Kowalski sięgnął do samego źródła - archiwów wojskowych. Obraz, który się z nich wyłonił, jest inny, niż ten utrwalany latami przez hagiografów generała. Wiele argumentów podawane w obronie jego decyzji okazało się nieprawdą. Analiza zebranych materiałów rysuje prawdziwy przebieg kariery Jaruzelskiego w armii - od szlaku bojowego na Berlin, przez polowanie na działaczy ruchów antykomunistycznych, walkę z Kościołem katolickim i antysemickie czystki w armii, po krew przelaną podczas stanu wojennego. Książka podważa jednocześnie powszechne przekonanie o wybitnym talencie dowódczym Jaruzelskiego, ukazując, jak za wszelką cenę dążył do realizowania wytycznych radzieckich przywódców.
to zapis wojskowej i politycznej drogi Wojciecha Jaruzelskiego na sam szczyt władzy. To również cena, jaką przyszło zapłacić Polsce za jego decyzje.
Jaruzelski Wallenrodem nie był - trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Jaruzelski był oficerem w służbie imperium sowieckiego od lat młodości do emerytury - Norman Davies.
Biografia Kiszczaka to historia PRL w pigułce, ze zbrodniami, skrytobójczymi mordami, torturami, walkami bratobójczymi, pałowaniem, aresztami, więzieniami i innymi bezeceństwami w tle z udziałem bohatera niniejszej książki. 
Generał Czesław Kiszczak to typowe dziecię enkawudowsko-ubeckie, wyrosłe na piersi czołowych zbrodniarzy z sowieckich służb specjalnych, których przysłano do powojennej Polski, by wespół z rodzimą bezpieką cywilną i wojskową oraz pepeerowskimi komunistami współtworzyli świat pełen iluzji ideologicznych i zakłamania bolszewickiego. "Cyngiel", "najgroźniejszy egzekutor generała Jaruzelskiego", jak określili go generałowie wojska ludowego, z którymi rozpocząłem rozmowy na początku lat 90. minionego wieku. Przyznaję, że uczyniłem to za wcześnie, Czesław Kiszczak jeszcze wówczas wiele znaczył, wielu z nich obawiało się, co może przynieść jutro, gdy powiedzą za dużo. Porozumienie okrągłostołowe - po obaleniu socjalizmu - gwarantowało mu przez dziesiątki lat bezkarność. Ścigany  przez sądy, permanentnie wymykał im się z rąk, symulując chorobę, starczą niepoczytalność, unikając w ten sposób kary i odpowiedzialności. W końcu Sąd Apelacyjny w Warszawie skazał go na dwa lata więzienia w zawieszeniu, w związku z wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce przez związek przestępczy o charakterze zbrojnym. To wyrok historyczny, a werdykt symboliczny.
Najnowsza książka Lecha Kowalskiego to historia walk Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego - zwanego niekiedy polskim NKWD i przyrównywanego do SS - z formacjami zbrojnymi żołnierzy wyklętych, którzy tuż po wojnie stawili opór Sowietom i rodzimym komunistom, by nie dopuścić do zrusyfikowania kraju. 
Żadna z polskich formacji zbrojnych w okresie okupacji nie toczyła walk z tyloma przeciwnikami naraz, co żołnierze wyklęci tuż po wojnie. Bywało, że gdy stawali do boju na śmierć i życie, na jednego z nich przypadało niekiedy po trzystu zbirów z formacji wojskowych NKWD, z sowieckiego kontrwywiadu "Smiersz", KBW, LWP, MO, UB czy ORMO. Tropili ich dniami i nocami, zawiązując kolejne koalicje i zgrupowania operacyjne, nieustępliwie i metodycznie pacyfikując, mordując skrycie w lochach więziennych i zabijając w nierównej walce. Ciała porzucano w leśnych jamach, przydrożnych rowach, chaszczach i kniejach. Wielu z nich kończyło żywot w bezimiennych dołach cmentarnych z wapnem. A oni trwali w oporze, niczym Spartanie pod Termopilami. Ostatniego z nich wytropiono i zabito na początku lat sześćdziesiątych minionego wieku. 
Cześć im i chwała na wieki, że byli i trwali w walce. W polskiej świadomości narodowej pozostaną już z nami na stałe.
www.zysk.com.pl

10 lutego 2017 r
kpt. Jerzy Stawski
Czy warto było tak żyć?
 
Filmowa opowieść Aliny Czerniakowskiej o Stanisławie Sojczyńskim "Warszycu" - dowódcy i twórcy Konspiracyjnego Wojska Polskiego - największego ugrupowania wojskowego po wojnie do walki z komunistycznym zniewoleniem. Sojczyński do końca pozostał nieprzejednany i wierny wyznawanym ideałom. Po okrutnym śledztwie został skazany przez Sąd Wojskowy w Łodzi na karę śmierci. Wyrok wykonano w lutym 1947 r. Sojczyński miał wówczas zaledwie 37 lat. Nie wiadomo nawet, gdzie został pochowany.
 
 

17 lutego 2017 r
Błażej Torański
Knebel. Cenzura w PRL-u.
 
Największym zwycięstwem cenzury PRL-u było wmówienie zainteresowanym, że właściwie nie istnieje – choć przenikała wszystkie aspekty życia.
Profesor Romek ujawnia, że cenzorzy znali prawdę o Katyniu „od zawsze”. Zostali wyedukowani do oceny treści pod kątem poszukiwania aluzji.
„Gdyby nie było cenzorów, – zapewnia Grzegorz Królikiewicz – nie doszedłbym do żadnych rezultatów! Oni, durnie, nawet nie wiedzieli, jak krzepią mnie swoją obecnością”.
Poeta, Ernest Bryll, zmieniał tekst w śpiewogrze „Po górach, po chmurach” żeby udobruchać Gomułkę, rzucającego kałamarzami w urzędników. Powodem był donos sugerujący, że monolog diabła jest aluzją do jego osoby.
Cenzura potrafiła wychwycić kolizję seksuologii z polityką. Zbigniewowi Lwu-Starowiczowi zdjęto artykuł pod tytułem „Miłość francuska” z uwagi na wizytę w Polsce prezydenta Francji Charlesa de Gaulle’a.
Krakowski cenzor wspomina , jak udało mu się wywieźć na Zachód i opublikować tajne zapisy oraz instrukcje dla cenzorów.
Dyrektor opolskiej delegatury Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk opowiada o próbach pogodzenia wiary w Boga i pracy dla komunistycznego systemu.
21 rozmówców Błażeja Torańskiego: dziennikarzy, reżyserów, grafików, kompozytorów i estradowców odsłania kulisy swoich kontaktów z cenzurą. Ujawniają mechanizmy, dzięki którym władza potrafiła skutecznie zmusić twórców do trudnych ustępstw, a wielu nawet do współpracy.
 
 

24 lutego 2017 r
Zbigniew Pieloch (Krzysztof Warszyc)
Pierwsi Piastowie. Legendarne początki.
 
Krzysztof Warszyc, autor publikacji „Pierwsi Piastowie. Legendarne początki” (Rozpisani.pl) podjął się niełatwego zadania. Zainspirowany rodzinnymi opowieściami oraz legendami przedstawił początki kształtowania się piastowskiej dynastii.
Niełatwo bowiem połączyć zasłyszane przy rodzinnym stole opowieści i dyskusje połączyć z historycznymi faktami. Krzysztof Warszyc próbuje w swojej drugiej książce poświęconej Piastom. Po przestudiowaniu literatury popularnej i naukowej udało mu się pokazać oraz udokumentować pewne fakty. Na przykład, że Mieszko I przygotowywał się na najazd cesarza niemieckiego, budując strażnice i umocnienienia swoich głównych grodów. Ekspansję Siemowita na ziemię łęczycką i sieradzką potwierdzają badania zdobytych przez niego grodów. Na serbołużyckie pochodzenie Piastów wskazują niektóre dzisiejsze badania jak chociażby semantyka językowa niemieckiej enklawy Serbołużyczan.
Autor omawia w niej legendarnych Piastów poczynając od 805 roku naszej ery, gdy plemiona lechickie były już dobrze zadomowione na terenach dzisiejszej Wielkopolski. Opowieść rozpoczyna od Lecha i zaprzyjaźnionego z nim Poznana, przyrodniego brata Mojmira oraz wynikłych z tej rycerskiej przyjaźni konsekwencji. Poświęca sporo uwagi Piastowi Kołodziejowi i kolejno następujących po nim legendarnych władców - do Mieszka I włącznie. Każdy z tych władców odegrał ważną rolę w kształtowaniu się państwa polskiego oraz jego ekspansji. Analizując wyprawy wojenne legendarnych władców, szczegółowo przedstawia ważne grody na rdzennych terenach piastowskich oraz kolejno przyłączanych. W książce znajdziemy także opisy pradawnych wierzeń i podstawowych zwyczajów obchodzenia słowiańskich świąt, wesel i pogrzebów.
Zbigniew Pieloch, pseudonim literacki Krzysztof Warszyc, ukończył Wojskową Akademię Medyczną w Łodzi z dyplomem lekarza i stopniem oficerskim. Później pracował jako nauczyciel akademicki, zrobił doktorat oraz specjalizacje I i II stopnia z chorób wewnętrznych, kardiologii oraz farmakologii klinicznej.    Współzałożyciel Towarzystwa Terapii Monitorowanej i współredaktor jego czasopisma naukowego „Problemy terapii monitorowanej”. Po rozwiązaniu WAM-u przeszedł na emeryturę, choć nadal jest czynnym lekarzem. Realizuje swoje wcześniejsze pasje, w tym pisanie. Wcześniej wydał wspomnienia z okresu studiów zatytułowane „Szkoła oficerów medycyny” oraz wspomnienia rodzinne zatytułowane „Piastowie – rodzinne spojrzenie na historię”. W  przygotowaniu kolejne prace autora.
 
 

3 marca 2017 r
Kaziemierz Laskarys
Wilno engramem jest moim.
 
Kazimierz Laskarys urodził się w Wilnie w 1930 roku. Gdy miał niecałe 10 lat rozpoczęła się okrutna li wojna światowa. Gdy miał niespełna lat 15 miasto jego już pięciokrotnie przechodziło z rąk do rąk kolejnego okupanta. Ślady wojny zostały w nim na zawsze. Rzutują więc także i na jego twórczość poświęconą przede wszystkim utraconym przez Polskę i łaski „aliantów" i Kresom Wschodnim. 
W ubiegłym roku ukazała się pierwsza książka Laskarysa pt. „Wilno engramem jest moim”. Jest to wzruszająca opowieść skromnego mimo „dobrego urodzenia"' potomka cesarzy bizantyjskich, członka Rodu bogatego w koligacje z najświetniejszymi domami całej Europy. Rodu, z którego pochodziła Święte Kinga - żona Bolesława V Wstydliwego. „W Komnenach, w Paleologach, w kilku królach węgierskich, czeskich, w Piastach naszych, w książętach Sabaudzkich, Bawarskich, Alby, w hrabiach Langwedockich płynęła krew Laskarysowska. Nie mówiąc już o różnych, słynnych włoskich, francuskich i niemieckich markizach, hrabiach itp., o Montmorencych, Kondeuszach i równie znanych domach" - jak pisał pradziad naszego Laskarysa. Rodzina ta wydała także uczonych pracujących dla papieży, byli w niej wybitni politycy, był także kardynał , wielu biskupów, generałów i innych, zasłużonych dla nauki, kościoła i państwa wielmożów. Było także czterech braci, którzy zginęli w 1920 roku. walcząc z bolszewikami o wolną Polskę. 
Nasz Laskarys nie pretenduje do koron ani do tytułów. Najnormalniej żyje na co dzień swoim ukochanym, utraconym w latach dziecinnych Wilnem, z którego został „ewakuowany "(czytaj: ekspatriowany. Jego wspomnienia wzruszają, a przy tym utrwalają cząstkę historii z lat młodzieńczych, dlatego „Wilno engramem jest moim" to pozycja cenna dla Wilnian, miłośników Kresów Wschodnich, a nawet dla historyków i etnografów 
Jerzy Urbankiewicz (http://http://zaprasza.net/)
 

15 marca 2017 r
reż. Grzegorz Królikiewicz
Mit o Szarym
 
Film poświęcony generałowi Antoniemu Hedzie "Szaremu", legendarnemu dowódcy partyzanckiemu. "Szary" brał udział w kampanii wrześniowej, był więźniem NKWD, po wydostaniu się z niewoli dowodził oddziałem Armii Krajowej na Kielecczyźnie. Wsławił się wieloma brawurowymi akcjami. Już po wojnie zebrał swoich żołnierzy i rozbił kieleckie więzienie, gdzie Urząd Bezpieczeństwa przetrzymywał "wrogów ludu". Aresztowany, spędził osiem lat w więzieniu, był siedmiokrotnie skazany na śmierć. Komunistyczne władze obawiały się go nawet długo potem, w 1981 roku został internowany wraz z działaczami Solidarności. W fabularyzowanym dokumencie są rekonstrukcje akcji z czasów wojny i pobytu Antoniego Hedy w więzieniu. Wzbogacają je relacje członków rodziny generała i jego podkomendnych, w tym Henryka Czecha ze Skarżyska. - To wzruszające, wspomnienia wróciły - mówił kombatant po filmie. Szczególnie ciekawa jest wypowiedź córki bohatera mówiącej o planach ojca, który jeszcze w 1976 roku chciał wraz ze swoimi żołnierzami dokonać kolejnej akcji bojowej - uwolnić aresztowanych robotników, zamkniętych na radomskim stadionie. 
 

29 marca 2017 r
Artur Wosztyl
Smoleńsk 2010
 
Przyszła pora, aby upublicznić kilka spraw. 
Dla tych, którzy nie znali, nie interesowali się, krótki opis tego jak to wyglądało z drugiej strony. Życzę udanej lektury.
Wielokrotnie z mediów docierają informacje, które nie licują z przeciętną inteligencją zwykłego Polaka o faktach, czy też tezach dotyczących najfatalniejszej w skutkach tragedii, która dotknęła nas Wszystkich w dniu 10.04.2010r., a tym samym zgorszony jestem postawą czołowych polityków, którzy z jednej strony stoją na straży informacji zawartych w rządowym dokumencie, który tworzony był przez ludzi z tytułami naukowymi, a po którego opublikowaniu ujawniono nieprawidłowości, które można nazwać „kłamstwem” (ekspertyza IES, a słowa przypisane Ś.P. gen. A. Błasikowi, które w rzeczywistości były słowami II pilota Ś. P. ppłk. R. Grzywny), czy CLKP, a z drugiej strony dyskryminują naukowców, którzy zadają wyjątkowo niewygodne pytania dotyczące wątpliwości co do znacznej liczby hipotez zawartych w oficjalnym raporcie.
Mój ogromny dystans do „faktycznych ustaleń” Komisji Millera bierze się stąd, iż byłem pilotem, dowódcą załogi lądującego o godz. 07:15 czasu Warszawskiego samolotu w Smoleńsku przed wspomnianą tragedią z 10.04.2010r. Osobiście dostrzegam wiele niezgodności z tym co zostało zapisane w oficjalnej wersji, co miało potwierdzać winę pilotów rządowego Tu-154M, a jednocześnie zauważam bezpardonową walkę klasy politycznej ściśle związanej ze stroną rządową w celu obrony zawartych tam tez z jednoczesną próbą ośmieszenia pracy ludzi, którzy zajęli stanowisko mówiące o tym, że jest wiele nieścisłości tam umieszczonych, a zadawane pytania z ich strony pozostają bez odpowiedzi. Na swoim przykładzie pragnę pokazać niezrozumiałe działanie Komisji Millera.
Moje lądowanie odbyło się w dniu 10.04.2010r na lotnisku w Smoleńsku, przy szybko pogarszającej się widzialności, która z 4000m w ciągu kilku minut spadła do 1500m podanej przez kontrolera i przy której odbyło się lądowanie. Jednocześnie ten kontroler, ani jeden raz, nie wspomniał podczas całej korespondencji o obecności chmur, a tym samym podstawie i wielkości zachmurzenia. Lądowanie wykonałem według podejścia wg Uproszczonego Systemu Lądowania (USL) na dwie radiolatarnie. Możliwe było również podejście na dwie radiolatarnie połączone z radiolokacyjnym systemem lądowania (RSL) przy widzialności 1000m, ponieważ moje minimum, jak i lotniska wynosiło 100m podstawy chmur z widzialnością 1000m. Decyzję o zniżaniu się poniżej wysokości decyzji i lądowaniu podjąłem po uzyskaniu kontaktu wzrokowego ze światłami podejścia i ziemią zanim samolot osiągnął wysokość minimalnego zniżania dla tego lotniska równą 100m nad poziomem lotniska przed osiągnięciem pozycji na ścieżce nad BRL (Bliższa Radiolatarnia, która oddalona była od progu pasa 1100m).
Z przyczyn jedynie znanych członkom Komisji Millera, w maju 2010r. na polecenie Inspektoratu Bezpieczeństwa Lotów MON (płk M. Grochowski) przysłano polecenie do Dowództwa Sił Powietrznych w którym zlecono sprawdzenie lądowania samolotu Jak-40. Dowódca Sił powietrznych gen. L. Majewski powołał taką komisję do badania incydentów na czele której stanął ppłk J. Jarmuła. Po przesłuchaniach załogi samolotu Jak-40, osób funkcyjnych będącymi w tym dniu DKL-ami (Dyżurnymi Kierownikami Lotów) i zbadaniu wszystkich dostępnych dowodów komisja ustaliła, że nie dopatrzyła się złamania RL-2006 (Regulaminu lotów), ani przepisów lotniczych, co zostało przedstawione przez rzecznika prasowego DSP ppłk. R. Kupracza w dniu 10.06.2010r., co podało PAP w krótkiej informacji http://wiadomosci.gazeta.pl/…/1,114873,7999753,Wojsko__Waru… 
Miesiąc później ppłk. Jarmuła w rozmowie ze mną potwierdził, że orzeczenie komisji badającej lądowanie samolotu Jak-40 w Smoleńsku z dziennikarzami oczyszcza załogę ze wszelkich zarzutów dotyczących lądowania ponizej warunków minimalnych (oskarżono mnie o lądowanie przy podstawie poniżej 60m i widzialności ponizej 1000m), ale orzeczenie od miesiąca leży w szufladzie, a gen. Majewski nie ma czasu, aby podpisać owe orzeczenie odrzucające zarzut wykonania lądowania z naruszeniem prawa, dlatego też czeka, aż Pan generał znajdzie dla niego czas. 
W międzyczasie trwała bezpardonowa nagonka mediów związanych z rządem na załogę Jaka-40, która utrwalała przekonanie w społeczeństwie, że lądowanie odbyło się bez zachowania elementarnych zasad bezpieczeństwa. Proszę sobie wyobrazić, jak wielka była moja frustracja, gdy z jednej strony media kreują już samoistną tezę, że winny jestem śmierci 96 osób, gdy nikt ze strony wojskowej nie stanął w obronie żołnierzy – mam tutaj na myśli Rzecznika Prasowego DSP, który nabrał wody w usta i nie próbował sprostowywać informacji zawartych w doniesieniach medialnych i gen. L. Majewskiego, który jako dowódca SP wydał zakaz wypowiadania się na temat samej katastrofy i spraw z nią związanymi, a jednocześnie kreowana pomoc psychologiczna osobom jej potrzebującym staje się fikcją. 
W październiku zadzwonił do mnie jeden z członków KBI badającej moje lądowanie kpt. P. Kotłowski i poprosił mnie, abym opowiedział mu raz jeszcze jak wyglądało moje lądowanie. Po krótkiej rozmowie skwitował to stwierdzeniem, że: „Z czegoś takiego każdy prawnik Ciebie wybroni”, zdziwiły mnie jego słowa, ale nie miałem okazji zapytać się co miał na myśli, ponieważ szybko się rozłączył.
23.12.2010r. po godzinie 16:00 przychodzi faks z DSP do 36 SPLT podpisany przez gen. Majewskiego w którym jest napisane, aby wyciągnąć wnioski dyscyplinarne od załogi Jak-40 lądującego w Smoleńsku przed katastrofą. W dniu 24.12. z samego rana zostaję wezwany przez dowódcę jednostki płk. M. Jemielniaka na rozmowę w tej sprawie. Proszę o zapoznanie się z kartą incydentu na którą się powoływano, dostaję odpowiedź, że będę mógł się z nią zapoznać po Świętach Bożego Narodzenia.
W pierwszy dzień po świętach jestem wezwany ponownie i pokazano mi do wglądu dokumentację, która orzeka, że załoga złamała prawo świadomie lądując poniżej warunków minimalnych narażając tym samym pasażerów i sprzęt lotniczy i klasyfikuje ten czyn jako błędna organizacja szkolenia (O), a nie czynnik ludzki. Zapoznając się z treścią tej karty wzrasta we mnie przekonanie, że jest to działanie zaplanowane i mające wpłynąć na dalsze działania, które takim orzeczeniem mają być potwierdzeniem tez, które są wieszczone przez media. Wprost mówiąc, odniosłem przekonanie, że wskazując winę pilotów samolotu Jak-40 i udowadniając ją, nikt wówczas nie będzie próbował podważyć kwestii chęci wykonania zadania „za wszelką cenę” przez tragicznie zmarłą załogę samolotu Tu-154M. W tym momencie zgłaszam płk. Jemielniakowi chęć natychmiastowego odwołania się od tego orzeczenia komisji, dostaję jednak polecenie, aby zaczekać do 04.01.2011r., kiedy to ta karta incydentu zostanie oficjalnie odczytana. 
Tutaj następuje kulminacja całej sytuacji, którą opiszę szczegółowo.
04.01.2011r. do jednostki przyjeżdża płk Kowalczyk szef BL przy DSP, ppłk Jarmuła przewodniczący komisji badającej lądowanie Jaka-40 oraz ppłk Purwin z CHSZRP. Ppłk Jarmuła prosi zgromadzonych, aby Ci wynieśli wszystkie urządzenia elektroniczne, ponieważ poruszane sprawy na tym spotkaniu dotyczą również trwającej w toku sprawy katastrofy samolotu Tu-154M. Co najciekawsze, dokument dostał klauzulę „JAWNE”. Wszyscy opuszczają salę odpraw i wracają po kilkuminutowej przerwie. Pomimo iż wielokrotnie zapoznawałem się z tą kartą, to sposób w jaki była odczytywana, intonacja głosu ppłk. Jarmuły spowodowało, że podnoszę rękę, aby w trakcie odczytu na chwilę się zatrzymano i wyjaśniono skąd wzięły się takie niedorzeczności w karcie incydentu. Usłyszałem wówczas od ppłk Jarmuły „Panie Arturze, proszę poczekać. Doczytam do końca i będzie Pan mógł zadać pytania”. Sytuacja powtórzyła się jeszcze raz i usłyszałem to samo. Po zakończonym odczycie zadałem trzy pytania dotyczące karty incydentu.
Pierwsze skierowane do ppłk Jarmuły: „Panie pułkowniku, proszę podać jakie warunki panowały w Smoleńsku o godzinie 05:06 i 05:26 UTC”, przypominam, że moje lądowanie odbyło się około 05:15 UTC (odpowiednio 07:06 i 07:26, a także 07:15 czasu Warszawskiego).
Zaczął wertować kartę incydentu. Wówczas dodałem: „Panie pułkowniku, załącznik nr 1. Wiem, ponieważ miałem okazję zapoznać się z dokumentacją.”
Odnajduje załącznik. Jest mocno zaskoczony co tam jest napisane, czyta marszcząc czoło i pyta się mnie przy wszystkich: „Panie poruczniku, czy Pan wie z jakiego lotniska są te dane?”.
Wówczas odpowiedziałem: „Tak Panie pułkowniku, z lotniska Smoleńsk północny, gdzie wykonywałem loty w dniu 07 i 10.04.2010r. Proszę przeczytać warunki meteorologiczne z godziny 5.06 UTC.”
Były to warunki meteorologiczne odnotowane przez meteorologa dyżurującego tego dnia w lotniskowym biurze meteorologicznym mierzone 9 minut przed moim lądowaniem.
Pułkownik czyta warunki z godziny 05:06 UTC: „Zachmurzenie 6/10 o podstawie 150m i widzialność 2000m”. Poprosiłem, aby przeczytał warunki odnotowane o godzinie 05:26, czyli 11 minut po moim lądowaniu. Pułkownik zaczyna czytać: „Zachmurzenie 10/10 o podstawie 100m i widzialność 1000m”. Zaznaczam, ze jeszcze przy tych warunkach mogłem wykonać lądowanie na lotnisku zgodnie z prawem i poziomem wyszkolenia.
Zadałem retoryczne pytanie: „Gdzie jest tam napisane, że podstawa wynosiła 60m?”
Swój wzrok skierowałem na ppłk. Purwina i zapytałem: „Panie pułkowniku, twierdzi Pan że lądowałem przy podstawie 60m i niższej. Proszę mi powiedzieć jaka była wartość zachmurzenia na tej wysokości?”
Dłuższą chwilę czekałem na odpowiedź, jednak jej nie uzyskałem.
Zadałem trzecie pytanie skierowane do całej komisji: „ Nie chodzi tutaj już tylko o mnie i moją załogę, ale o wszystkich na tej sali, którzy będą wykonywać loty na statkach powietrznych. Proszę mi powiedzieć dlaczego osoba, która pilotuje samolot, śmigłowiec nie miałaby podjąć decyzji o kontynuowaniu podejścia do lądowania jeżeli zanim osiągnie wysokość decyzji ma pewny kontakt wzrokowy ze światłami DS. i ziemią?”
W tym momencie wstał milczący cały czas ppłk. Purwin i rozpoczął swoją wypowiedź, której ogólny wydźwięk był taki, że: „Komisja przeprowadziła analizę warunków meteorologicznych panujących w Smoleńsku w dniu 10.04 i jednoznacznie stwierdziła, że lądowanie odbyło się przy podstawie 60m i widzialności poniżej kilometra. Dlatego też nieważne jest co mówi porucznik i nieważne co napisano. Mogłoby być napisane, że było BCH 10 (bezchmurne niebo i widzialność 10 km), komisja podjęła decyzję i ta decyzja jest niepodważalna i ostateczna.”
Ze zdumienia otworzyłem szerzej oczy. Kontroler z wieży w dniu 10.04. podał widzialność większą niż 1000m co było nagrane na magnetofonie Jak-40. Dyżurny meteorolog zanotował widzialność większą niż 1000m. Jak można tak mówić przy wszystkich, jak można podważać informacje meteorologiczne najpierw zmierzone przez radzieckiego meteorologa, który na miejscu robił pomiary, które później przekazane zostały przez KBWLLP tej komisji. Nie spodziewałem się, że najciekawsze jeszcze zostanie powiedziane, ponieważ wstał Pan płk Kowalczyk i przy wszystkich zaczął omawiać jak powstała komisja do zbadania lądowania Jaka-40. Powtórzył cały proces twórczy od „zlecenia” inspektoratu BL dowodzonego przez płk. Mirosława Grochowskiego, czynnego członka komisji badającej katastrofę rządowego samolotu Tu-154M, przez pierwsze orzeczenie komisji uniewinniające załogę, które musiało wylądować w koszu, ponieważ Pan Edmund Klich wielokrotnie dzwonił do odpowiednich osób w DSP i nalegał, aby sprawa lądowania została dogłębnie zbadana, co zostało przedstawione w artykule Pani Klaudii Hatały 01.02.2011r. pod tytułem „Minister sprawiedliwości o lądowaniu Jaka-40: kontrolerzy popełnili błędy”. http://www.polskieradio.pl/…/305403,Minister-sprawiedliwosc… 
Pan płk Kowalczyk przedstawił nieco inaczej słowa, które wypowiedział. E. Klich we wskazanym wyżej artykule "przyznał, że dzwonił do odpowiednich osób w dowództwie Sił Powietrznych i apelował, by dokładnie przebadać lądowanie Jaka-40". Powiedział wprost: „ Początkowo komisja nie dopatrzyła się, aby załoga Jaka-40 złamała zasady wykonywania lotów, ale zadzwonił do mnie Edmund Klich i powiedział, że jeżeli nie ukażemy załogi Jaka to strzelimy sobie w stopę”. Dlatego ponownie zbadano sprawę i trwało to tak długo ponieważ do października czekali na warunki meteorologiczne ze Smoleńska przekazane przez KBWLLP…” (załącznik z warunkami meteorologicznymi o które zapytałem).
Nie wierzyłem własnym uszom. Jak można powiedzieć coś takiego przy tak licznej grupie ludzi nie poddając w wątpliwość wyników swojej działalności zawodowej? Gdzie honor żołnierza Polskiego, kodeks honorowy oficera!? Wydźwięk dalszej wypowiedzi był taki, że załoga Jak-40 która wylądowała w Smoleńsku na 1godz. 26 min. przed zdarzeniem nie ma prawa odwołać się od orzeczenia komisji. Wstałem wówczas i bezpośrednio zapytałem pułkownika: „ Czy to oznacza, że załoga nie ma prawa do odwołania się od orzeczenia komisji?”
Na to płk Kowalczyk odpowiedział podniesionym głosem i tutaj cytuję z góry przepraszając za sposób wypowiedzi: „Jeżeli uważam, że komisja jest do dupy, że pracowała do dupy, to jak najbardziej mogę się odwołać.”
Szybko odpowiedziałem: „ Dziękuję Panie pułkowniku, tylko to chciałem usłyszeć”.
Gdy zakończono to przedstawienie, wychodzący z sali płk. Kowalczyk poprosił mnie, abym razem z nim i innymi mu towarzyszącymi osobami wyszedł. Zatrzymaliśmy się na korytarzu przed gabinetem dowódcy pułku. Oprócz mnie był tam jeszcze szef BL jednostki mjr A. Borowy, który zadał ku mojemu zdziwieniu pytanie płk. Kowalczykowi: „Co to było? Co wy … wyprawiacie? Przyjeżdżacie nieprzygotowani, oskarżacie człowieka, że popełnił przestępstwo, a porucznik wstaje i Was punktuje?” 
Chwilę później poszedłem z gotowym pismem odwołującym się do Szefa Sztabu Generalnego WP i złożyłem je w kancelarii niejawnej. Jeszcze tego samego dnia składają takie pisma członkowie mojej załogi: por. Rafała Kowaleczo i Ś.P. mł. chor. sztab. Remigiusz Muś. Początkowo pismo Ś.P. mł. chor. sztab. Musia zostaje odrzucone przez płk. Mirosława Jemielniaka ponieważ było „za ostre”, a były tam przytoczone wypowiedzi członków KBI, którzy przybyli odczytać kartę incydentu. Następna, złagodzona wersja została zaakceptowana.
Szef Sztabu Generalnego gen. Mieczysław Cieniuch po zaopiniowaniu przez Inspektorat Bezpieczeństwa Lotów MON podtrzymał zawarte w nim tezy ujęte przez KBI i pouczono mnie, że od niniejszego rozpatrzenia odwołania zainteresowanemu nie przysługuje prawo wniesienia odwołania do Ministra Obrony Narodowej, ani skarga do wojewódzkiego sądu administracyjnego. W tym momencie dotarło do mnie, że jedyne co mogę zrobić to skontaktować się z prawnikiem, który od tego momentu zacznie mnie reprezentować, ponieważ sam już nie byłem w stanie stawić czoła tej jawnej niesprawiedliwości na którą przyzwolenie dała armia wraz z cywilnym jej nadzorem . 
Jednocześnie gen. Majewski składa doniesienie do prokuratury wojskowej na załogę samolotu Jak-40 o możliwości popełnienia przestępstwa.
Rozkazem gen. Majewskiego odsunięty jestem od wykonywania lotów z najważniejszymi osobami w państwie.
W trakcie reorganizacji pułku zostaję cofnięty z etatu dowódcy załogi na etat starszego pilota (II pilota).
Dowiaduję się, że na posiedzeniu ZBL w DSP wydane jest polecenie podległym komórkom BL w jednostkach lotniczych, aby całą kartę incydentu lądowania samolotu Jak-40 w Smoleńsku odczytać przy pełnym składzie osobowym, co jest precedensem w takich sytuacjach.
Płk Jemielniak przekazuje mi informację, że gen. Majewski chce szybko zakończyć sprawę, a tym samym najlepiej będzie, jeżeli dobrowolnie poddam się karze. Odmawiając przyjęcia takiego rozwiązania sprawy, straszony jestem, że gen Majewski może odsunąć mnie od latania, zabrać mi klasę pilota, a tym samym część przysługującego mi uposażenia, jednocześnie może „tymczasowo” wysłać mnie do jakiejś innej jednostki, niewiadomo gdzie, gdzie będę czekał na zakończenie sprawy.
W efekcie rozwiązania 36 SPLT, pomimo wielokrotnych zapowiedzi, że zostaną przeprowadzone rozmowy kadrowe, na których każdy dostanie nową propozycję, ja miałem jedynie jedną, na której dowiedziałem się, że nie ma dla mnie etatu.
W grudniu przychodzi imienny rozkaz, który nakazuje stawić mi się na początku stycznia w jednostce w Krakowie, bez żadnych szczegółów jaką funkcję miałbym tam pełnić. Z obawy, że ziści się scenariusz wskazany w czasie jednej z rozmów z płk. Jemielniakiem, że zostanę odsunięty od latania postanowiłem złożyć wypowiedzenie ze służby zawodowej. Z dniem 01.02.2012r. zostałem porucznikiem rezerwy – emerytem.
I to wszystko spotkało mnie, ponieważ wykonywałem swoje zadania najlepiej jak tylko potrafiłem. To czeka żołnierza zawodowego, który nie oczekuje niczego więcej niż odrobinę szacunku i słowa dziękuję za swoją ofiarną służbę.
23.02.2015r. Wojskowa Prokuratura Okręgowa postanawia umorzyć śledztwo z doniesienia gen. L. Majewskiego w sprawie lądowania Jak-40 w Smoleńsku.
źródło: https://www.facebook.com/artur.wosztyl.7/posts/200767076972895

5 kwietnia 2017 r
Aldona Jadwiga Plucińska
Polskie zwyczaje rodzinne
Książka Aldony Plucińskiej Polskie zwyczaje rodzinne przedstawia obrzędowość związaną z drogą życia człowieka – od narodzin do śmierci, historię jego wzrastania duchowego. Składa się z pięciu rozdziałów: Zaślubiny, Narodziny do Nowego Życia (chrzest), Wzajemna jedność z Panem Bogiem (komunia święta), Umocnienie Chrześcijanina (bierzmowanie), W Drodze do Wieczności. 
Autorka po raz pierwszy w historii polskiej etnografii opisuje polskie zwyczaje rodzinne w kontekście sakramentów świętych, które są fundamentem kultury chrześcijańskiej i dziedzictwa Polski.
Prezentowana pozycja zawiera bogaty materiał ilustracyjny, który uzupełnia tekst. Do publikacji dołączona jest płyta zawierająca utwory związane z  każdym z sakramentów świętych.
Polskie zwyczaje rodzinne, podobnie jak poprzednia książka autorki Polskie Świętowanie. Adwent Gody Zapusty, może stać się miłym upominkiem dla najbliższych. 
Książka ukazała się pod honorowym patronatem Archibiskupa Metropolity Łódzkiego Marka Jędraszewskiego.
 
 

 

 

Stefan Paweł Rowecki, ps. „Grot”, „Rakoń”, „Grabica”, „Inżynier”, „Jan”, „Kalina”, „Tur” (ur. 25 grudnia 1895 w Piotrkowie Trybunalskim[2], zm. 1-2 sierpnia[3] 1944 w Sachsenhausen) – generał dywizji Wojska Polskiego, komendant główny Armii Krajowej (dowódca Sił Zbrojnych w Kraju) (od 14 lutego 1942 do 30 czerwca 1943), teoretyk wojskowości.

 

Czytaj więcej >>>

 

 

Dyplom przekazany przez naszą księgarnię
Panu Premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu.
Album Panu Premierowi Kaczyńskiemu został przekazany przez szefa łódzkiego PIS-u Marcina Mastelarka
 
 
 

 

 

 

   
 
 
 
 
 
 
 

DOCENILI NAS

 

 

NASI PRZYJACIELE

 

     

     

     Młodzieżowa parafialna orkiestra dęta "Ad Astra" Andrzejów. Dyrygent maestro Stanisław Tetera

   

 
 
 

Idąc za Nią, nie zbłądzisz.

Modląc się do Niej, nie zwątpisz.

Myśląc o Niej, nie zmylisz się.

Jej się trzymając, nie zginiesz.

Pod Jej opieką nie doznasz lęku.

Gdy cię prowadzić będzie, nie utrudzisz się.

Gdy ci łaskawa będzie, dojdziesz do celu.

Święty Bernard z Clairvaux, De Maria Virgine

 

 

 

    

 

    

Web Traffic: Today 39 | Yesterday 144 | This week 688 | This month 2689 | Total 169891 | Powered by CoalaWeb